Dworzec Historii dla zwiedzających ul. Daszyńskiego 2 Bogatynia 59-920

tel: 510 275 707 bractwo-bogatynia@gazeta.pl

Archive for Miesiąc: Listopad 2015

OTWORZYLIŚMY!!!

Ileż to starań, ileż to trudu. Ale wreszcie w przeddzień Karbonalii 2014 otworzona została wystawa w pomieszczeniach Bogatyńskiego Miejskiego Muzeum „Dworzec Historyczny”.

Radość niepomierna, choć trzeba ją dzielić na dwoje bo i w tworzonym muzeum i pierwsza w tej konfiguracji. Od dziś można zwiedzać dwie sale dokumentujące Bogatynię bardzo dawną i tą z pierwszych dni po zakończeniu II WŚ. Udokumentowane ślady osadników wojskowych z lat tuż powojennych, a także artefakty dziejów gospodarstwa domowego Łużyczan oraz ich następców.

Uroczystość otwarcia zaszczycili przedstawiciele Ratusza bogatyńskiego z burmistrzem Andrzejem Grzmielewiczem na czele. Jako pierwszy wygłosił kilka słów prezes Bractwa Ziemi Bogatyńskiej, który po chwili poprosił o wystąpienie Burmistrza. Ważna w tym wystąpieniu była deklaracja iż Ratusz będzie dalej wspierał i to wydatnie pomysł tworzenia muzeum miejskiego.

Przecięto wstęgę i drzwi do sal wystawienniczych zostały otwarte. Zainteresowanie, choć może to zabrzmieć dość górnolotnie było ogromne. Zebrani goście z wielką ciekawością oglądali wszystkie eksponaty. Znów wypada przypomnieć słowa obu otwierających ekspozycję. Obu, gdyż najważniejszym akcentem tych wystąpień była troska o jak najszybszą rozbudowę placówki oraz konieczność dopełnienia wszystkich formalności związanych z uzyskaniem pełnoprawnego statusu placówki muzealnej. Mamy zaś na to solenną obietnicę pomocy wyrażoną przez Burmistrza. Chce się więc powiedzieć: CZEKAMY NA CIĄG DALSZY.

Przy okazji informuję iż sale wystawiennicze są czynne od godziny 1600 do 1800 dwa razy w tygodniu w środę i w niedzielę. Dla grup zorganizowanych po wcześniejszym ustaleniu telefonicznym muzeum zostanie otwarte w innym uzgodnionym czasie.

BZB (Wojciech Kulawski)

Nasz Marian!!

Marian Lorek mieszka w Bogatyni od zawsze. Jest także członkiem Bractwa Ziemi Bogatyńskiej, należącym zresztą do tych, którzy gdy jest taka potrzeba Bractwa, są gotowi do wszelkiej pomocy. Nie piszę tego bo to rocznica więc wypada chwalić. Wykluczone. Marian właśnie jest taki. Skromny, cichy i pomocny. Nie pamiętam przypadku by ktokolwiek z nas w Bractwie spotkał się z jego odmową pomocy.

Dzieła, bo tak trzeba nazwać jego prace są rzeczami wręcz unikalnymi. Bo Marian swoje cuda tworzy ze słomy. Jedni do urzeczywistnienia swojej wyobraźni używają farb, inni mają w rękach młotek i dłuto. Marian, swoje obrazy tworzy ze zbieranych kawałków słomy. Dopiero stając przed takim obrazem widać różnobarwność słomy. Takiej zwyczajnej słomy. Ale… Zbieranej o różnych porach roku i suszonej także w różny sposób, by wydobyć ukryte w tych źdźbłach kolory. Marian Lorek tworzy już 35 lat. To kawał czasu. Wielką jego zasługą są organizowane zajęcia w szkołach i przedszkolach bogatyńskich. Podczas tych zajęć pan Lorek nie tylko pokazuje swoje wspaniałe obrazy. On wtedy uczy. Właśnie. Uczy! Przekazuje doświadczenie i zdradza największe tajniki swojego warsztatu artystycznego. Mówiąc prosto. Przekazuje wiedzę do której sam dochodził przez całe lata. Zaś zachwycone dzieci nazwały artystę „Dziadek Słomka”

Szczerze mówiąc dziwi mnie jedna rzecz. Dzieła pana Mariana Lorka w jakiś dziwny sposób nie są przekazywane w Polskę przez tych, którzy promocję miasta i gminy mają niejako wpisaną w zakres swoich obowiązków. Być może jest to spowodowane formą artystyczną pana Mariana Lorka będącą artyzmem wysublimowanym, trafiającym raczej do koneserów niż przeciętnego odbiorcy, który jedynie wzruszy ramionami. Phi! Wielkie mi co? Trochę słomy i ciut kleju. Tak myślą dyletanci. Ci dla których nic nie jest trudne póki nie przyjdzie im zmierzyć się z materią. Reasumując więc. Dzisiejsza wystawa honorująca 35-cio letnią pasję naszego bogatyńskiego współmieszkańca jest wydarzeniem na tyle wyjątkowym, że powinniśmy wszyscy pochylić głowy nad artystycznymi dokonaniami Mariana Lorka.

Marianie! Pozwól, że wyrażę opinię wszystkich ceniących Twój kunszt. Czynisz cuda ze zwykłej słomy więc czyń je przez wiele, wiele następnych lat. Bądź dumą naszej gminy, bądź naszym przyjacielem, a także nauczycielem tych, którzy zainspirowani kunsztem oglądanych arcydzieł chcą być kontynuatorami tej właśnie drogi artystycznej.

Marianie!! Stu lat!

BZB – WK

Przemysłowiec zdetronizował kosmonautę

 

23 października 2009 roku o godzinie 1430 uroczystość w parku przypieczętowała nową nazwę parku miejskiego. Od dziś oficjalnie, wraz z eleganckimi tablicami, park dostał nowego patrona, Carla Augusta Preibischa. Oczywiście nie obyło się bez drobnych perturbacji i załatwiania czegoś na ostatnią chwilę. Na przykład mocowanie tablic. Ekipa kamieniarska wpada do parku tuż po 13. I pierwszy problem. Nie chce odpalić agregat a bez tego, wiertarka jest mniej przydatna niż słynny przed laty szlagborek z przykładanym do niego czujnikiem o wadze dwóch kilogramów, czyli młotkiem. Wreszcie ruszył, zaterkotał, wypluł z rury błękitny dym a podłączona wiertarka uporała się z wierceniem w trymiga, ale ekipa nie przywiozła nic ponad to, więc znów ktoś, a konkretnie Zbyszek Szklarek wygrzebał ze swojej kieszeni forsę i pognał po zaprawę aby tablice ze stosownym napisem przymocować do wielkiego kamienia na wieki. Wreszcie ruszyła główna uroczystość. Mistrzyni celebry, pani Iwona Czajkowska, na codzień naczelnik wydziału zajmującego się poprawianiem i tak dobrych kontaktów z zagranicznymi sąsiadami, rozpoczyna zjednując sobie sympatię zebranych delikatnym uśmiechem i miłym brzmieniem głosu. Rozpoczyna orkiestra kopalniana, która uświetniając uroczystość odgrywa Hymn Zjednoczonej Europy. Potem Burmistrz przypomina sylwetkę C.A.Preibischa. W następnej kolejności przedstawiciel Bractwa dziękuje za przybycie, za poparcie wniosku i za wsparcie w organizacji całego przedsięwzięcia. Przed front zostają wywołani: Burmistrz miasta Andrzej Grzmielewicz, dwoje potomków C.A Preibischa noszących to nazwisko, oraz ksiądz dziekan. Następuje oficjalne odsłonięcie tablicy. Orkiestra gra tusz, a ksiądz dziekan poświęca kamień z pamiątkową inskrypcją. Część gości przechodzi na środek trawnika, gdzie zostanie posadzony dąb alejowy. Ziemię do wykopanego dołka sypie potomek Preibischa oraz Burmistrz Andrzej Grzmielewicz. Koniec parkowej uroczystości. Teraz krótkie nabożeństwo dla polskich i niemieckich gości. Aż ciarki chodzą po plecach gdy w kościele słychać odmawianą modlitwę „Ojcze Nasz” równocześnie po polsku i niemiecku.

Część gości jedzie jeszcze na chwilę do kościoła pod wezwaniem Piotra i Pawła, aby przez chwilę oddać się zadumie w kościele, który był kiedyś kościołem ewangelickim. Wreszcie wszyscy zbierają się w sali bankietowej Klubu Jubilat. Kawa, herbata, trzy kanapki na głowę i do wyboru delicje albo paluszki. Wszyscy się rozkręcają. Zaczynają się wspomnienia. Ten dom był tu…. A ta ulica to wtedy się nazywała… O! Właśnie w tym domu mieszkałam. ….

Czy mógłby pan pomóc mi w odszukaniu moich starych znajomych?…. Nazywali się….Spotykają się stare przyjaciółki, które nie widziały się od pół wieku. Poznajemy stare i skrzętnie do tej pory skrywane tajemnice powojennego miasta. Na wspomnieniach upływa cale spotkanie. Niestety wszystko co dobre, szybko mija. Przed klubem już czeka bus, który w dwóch turach odwiezie naszych zagranicznych gości. Pada haslo: Do zobaczenia za rok. O chęci spotkania mówią goście niemieccy , a przedstawiciel Bractwa proponuje aby termin spotkania tym razem zapisać nie na stronach gazet, czy wśród notatek osobistego kalendarzyka a we własnych sercach. Powoli kończy się dzień, tak bogaty w atrakcje. Jeszcze tylko pomagamy ustawić stoły, jeszcze znosimy talerze, filiżanki i sztućce i….pora do domu.

Bractwo Ziemi Bogatyńskiej

(WK)

…i znów ścieżki rowerowe

W sobotę 28 lipca spotkaliśmy się Guślarzu. To wzniesienie ponad Jasną Górą mające aż trzy nazwy polski Guślarz, czeski Vychledy i niemiecki Gückelsberg. To wzniesienie popadło w kompletne zapomnienie. Całe porośnięte jakimiś samosiejkami, gęstwina różnych drzew przez które do niedawna aż trudno było się przedrzeć.

Przed II WŚ na szczycie była restauracja z kilkoma pokojami gościnnymi. Niestety nowa powojenna rzeczywistość, dzieląc Europę spowodowała iż budynek na szczycie stał się kością niezgody. Na mocy radzieckiej decyzji powstał obóz państw demokratycznych. I…..? Historia się potoczyła tak jak jedynie mogła w obozie. Przejście z obozowego baraku nazwanego Czechosłowacką Republiką Socjalistyczną do polskiego zwanego Polską Rzeczpospolitą Ludową lub niemieckiego nazwanego Niemiecką Republiką Demokratyczną groziło śmiercią. Dotyczyło to również Niemców i Polaków. Życie na Guślarzu zamarło. Władzy było jednak mało. Trzeba było zniszczyć widomy znak wcześniejszych właścicieli restauracji. I tak się stało. Dziś pozostał jedynie kawałek betonowej podłogi i dwa równie zdewastowane stopnie.

W sobotę na szczycie spotkali się wszyscy, którym bliska jest idea otoczenia regionu ścieżką rowerową. Po stronie czeskiej będzie to tzw. singletrack. Po polskiej, zwykła ścieżka rowerowa, która jakby daje większe możliwości użytkownikom. Idea singletracka, bardzo obostrza zasady używania takiej ścieżki. Zakaz ruchu pieszego, Rygorystyczne zasady budowy. Zakaz krzyżowania się trasy z liniami kolejowymi, czy drogami, skutecznie zniechęca do takiej budowy na terenie Polski. Ale… Właśnie. Można powiedzieć, że te obostrzenia w przedziwny sposób powodują iż idea budowy zwykłych ścieżek rowerowych znacznie się przybliża. Dziś na Guślarzu byli przedstawiciele Zawidowa, zarówno z Towarzystwa Miłośników tej miejscowości jak i ze strony władz gminy. Pracowali razem z nami przy oczyszczaniu szczytu. Założenia ścieżki rowerowej wiodącej z Bogatyni, przez Visnovą do Zawidowa bardzo ich zainteresowały. Sami stwierdzili, że do projektu trzeba wciągnąć Sulików. A potem nawet dalej, aż do Lubania. Współuczestnictwo w takim projekcie wielu podmiotów regionalnych zwiększa szansę na ziszczenie pomysłu.

Wracając zaś do dzisiejszych prac. Strona czeska jak na gospodarzy przystało przygotowała tęgi posiłek. Wspaniały gulasz, do którego aż ślinka ciekła, napoje chłodzące, kawa w każdej ilości i doskonałe na ten dzisiejszy upał piwo z pobliskiego czeskiego browaru. Był sprzęt mechaniczny. Przewieziono kilka wywrotek piachu do zasypania dołu i wyrównania terenu u samego szczytu. Był również architekt z Prahy. Wójt Vitkova chce postawić wieżę widokową a architekt ma rozwiązać wszystkie problemy z tym związane od strony formalno-prawnej. W samo południe łopaty, siekiery i grabie poszły w odstawkę. Zaczęło się świętowanie po ciężkiej robocie. Czesi, Polacy, Niemcy – bo i oni też przyszli – siedli do gulaszu, piwa i kawy. A potem zaczęły się chóralne śpiewy. Pierwsi goście odjechali koło godziny 14.30 a ostatni…. A ostatni świętowali pewnie do zmroku, bo gdy odchodziłem, aż na sam dół niósł się gwar ze szczytu Guślarza.

Nie ma się zresztą czemu dziwić bo frekwencja dopisała. Byli członkowie „Razem Dla Bogatyni”, było Bractwo Ziemi Bogatyńskiej, Bogatyńscy Piesi Wędrowcy, Rowerzyści, Strongmeni, wspomniani Zawidowianie i oczywiście Czesi z Vitkova i okolic.

Na koniec najważniejsze.

Ustalono, że na przełomie września i października na Guślarzu będzie wieczór guseł, wróżb i strachów. A w międzyczasie coraz konkretniejsza praca związana z projektem ścieżek rowerowych.

Wojciech Kulawski

prezes BZB

Skąd się wzięliśmy?

Sądzę, że mieszkańcy naszego miasta a także liczne grono z Polski i Europy odwiedzające naszą stronę jest ciekawe skąd Bractwo w Bogatyni? A no cóż. Pierwsze wzmianki o bractwie pojawiają się w mrocznych czasach średniowiecza. Wtedy nasze Bractwo nosiło nazwę Bractwa Bakałarzy i Snycerzy. Co prawda głównym zajęciem nie była historia Bogatyni ale jak wynika z odkrytych dokumentów, które tu przytoczę w oryginale, zainteresowania członków tejże nie bardzo odbiegały od dzisiejszych. Tak więc pisał kronikarz:

Zanotowane pierwszego dnia miesiąca Łudzikwiata zwanego z łacińska Aprilisem.

…Owóż w ostatnich leciech na ziemiach koronnych jęła szerzyć się chorobliwa wręcz zawziętość jejich mieszkańców do grzebania w ziemi, a to w celu szukania zapadłych w jej wnętrzach informacyj o starszem pochodzeniu życia w owych stronach. Już to po długich poszukiwaniach dowiedziono, nie znalazłszy w żadnych wykopanych dołach, śladu drutu iże na tych ziemiach ode niepamiętnych czasów kmiecie, gmin pospolity a takoż i możnowładcy do komunikowania się między sobą, używają tajemnego sprzętu zwanego komórką. Jeden z obcych poszukiwaczy, któren przyjechawszy w celach poszukiwawczych aże z dalekiej krainy zwanej Rusią znajszedł na terenie osady Rychinowe, grzebiąc w śmieciach osadnych dziwen przedmiot. Była to przezroczysta, krucha, kula osadzona w jakowemś kubku metalowem ze dziwnymi kręgami na jego zewnętrzu. Po dokładnych badaniach przeprowadzonych przeze uczonych z królewskiego grodu Gniezno ustalono, iże owy tajemniczy przyrząd to żarówka jakową przywlekli do nas barbarzyńcy zwani Germanami. Do owych Germanów, Jego Najjaśniejszy Majestat, nasz pan i władca wysłał delegacyję aby wywiedzieli się więcej o onym znalezisku i jego tajemnym użyciu a i przeznaczeniu. Niestety owi parlamentariusze zostali usieczeni przez germańską tłuszczę, więc i tajemnica….

Tu się, niestety notatki urywają

Zresztą nie to jest w tej chwili ważne. Istotne dla naszego Bractwa Ziemi Bogatyńskiej jest to, że nasze korzenie a także i głębokie zainteresowanie historią tej ziemi mają swój początek w odległych czasach średniowiecza.

A słowo ciałem się stało

…i od razu dodam: Oby!! Zmieniła się władza w Bractwie, zmieniły się priorytety i ruszyliśmy do przodu, wręcz z kopyta. O ile nie zabraknie chęci w Bractwie to jednak obawiam się, że zapał „osób towarzyszących” może okazać się słomianym ogniem. Czy wiedzą państwo o co chodzi? Już mówię.

W Bogatyni ma powstać miejskie muzeum w budynku dawnego „wąskiego” PKP. I nie jakieś tam pokazujące jakąś rozbitą miskę zdobioną majoliką z dorobioną notką, że to unikat wczesno- średniowiecznego środkowołużyckiego rycerza rabusia. Nie, proszę państwa. Wykluczone. Plany są jak najbardziej poważne i równie dalekosiężne. Bractwo zapaliło się do tego projektu jak jeszcze do niczego innego. Ważne jest także to, że nawet artradio o tym ostatnio wieściło ustami burmistrza, który jest projektowi przychylny i popierający z całych sił. I to tak mocno, że objął pomysł patronatem. A więc….Mamy w Bogatyni MUZEUM!!! Co prawda na razie projekt, ale od czegoś trzeba zacząć. Musimy jeszcze w tych muzealnych pomieszczeniach uporać się z pewnym problemem bo póki co główna sala wystawiennicza to coś w rodzaju pokoju przechodniego z czasów wczesnego Gomółki. Przepraszam wszystkich za ton mojego pisania, ale siedzi we mnie tyle radości z tego faktu, że muszę go jakoś uzewnętrznić. Kończąc przejdę w ton poważny na tyle by zapowiedzieć otwarcie pierwszej wystawy muzealnej z prawdziwego zdarzenia. Termin też już został ustalony. No… mniej więcej, ale jednak. Ta wiekopomna chwila ma zbiec się w czasie z bogatyńskim świętem domów przysłupowych. Muszą państwo wiedzieć również o tym, że:

„po primo” Muzeum będzie w całym budynku dworcowym i stąd jego nowa nazwa „Dworzec Historyczny”

„po secundo” mamy pierwsze przyrzeczenia życzliwego poparcia ze strony miejskiego muzeum w Zittau, a także towarzystw historycznych z tegoż miasta.

„po tertio” Za kilka dni jedziemy na spotkania z czeskimi historykami-amatorami z Chrastavy, Frydlantu i Hradka.

„po następne….chyba quatro” Zaanonsowaliśmy swoje robocze wizyty w muzeach Zgorzelca i Lubania.

Mogłoby jeszcze być „po quinto i sexto” ale jak na pierwszy raz, radosnych wiadomości starczy.

Historyczny artykuł o nieistniejącej już miejscowości RYBARZOWICE.

Nie jest do końca wyjaśnione pochodzenie nazwy tej, nie istniejącej już wsi. Pierwszy raz pojawia się w 1381 roku. Źródłosłów jest kwestią sporną, według badaczy polskich pochodzi od słowiańskiego Rybar. Niemieccy historycy jej nazwę wywodzą od słowa Räuber (rabuś, zbójca). Począwszy od 1691 wieś była centrum ordynacji saksońskiego rodu von Einsiedlów. W Rybarzowicach był ich rodowy pałac, a w tzw. Starym Pałacu funkcjonował urząd gminy. Istniał najpierw browar, a następnie gorzelnia. Rybarzowice posiadały też szkołę, kościół i dom opieki. W XIX i pierwszej połowie XX wieku rozwinęło się rzemiosło i drobny handel. Rybarzowice były także parafią. We wsi istniały także: szkoła (wybudowana w latach 1877/78), praktyka lekarska , fundacja Hauboldów, która prowadziła dom opieki nad zniedołężniałymi ludźmi z wiosek należących do ordynacji von Einsiedlów. We wsi mieściły się 2 piekarnie, dwie masarnie, trzy zakłady ślusarskie (w tym zakład naprawy rowerów), było trzech kowali, zdun, czterech szewców, trzech krawców damskich, bednarz i rymarz We wsi była farbiarnia i pralnia, skład opału, dwa zakłady ogrodnicze, sklepy z artykułami spożywczymi i przemysłowymi. Byli także lekarz, położna i pielęgniarka

Rybarzowice były od 1694 do 1945 centrum ordynacji jednego z najznamienitszych szlacheckich rodów saksońskich – von Einsiedlów. W skład tej ordynacji liczącej 1157 ha (w tym 431 ha lasów) wchodziły m. in. wybudowany w latach 1763 – 1779 pałac, „dobro rycerskie” z wzorcową hodowlą bydła rogatego, trzody chlewnej i owiec, gorzelnia a jeszcze wcześniej browar oraz Stary Pałac z przed 1694, w którym mieścił się urząd gminy.

W Rybarzowicach przed 1945 prężnie działały różne stowarzyszenia: Ochotnicza Straż Pożarna, Towarzystwo Gimnastyczne, Stowarzyszenie Sadowników, Chór, Związek Kobiet, Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej i Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej.

Rybarzowice miały połączenie kolejką wąskotorową z Zittau, Bogatynią i Markocicami. Na początku lat trzydziestych XX wieku uruchomiono także połączenie autobusowe z w/w miejscowościami. Większość mieszkańców wsi żyła z rolnictwa i rzemiosła. Nie mniej jednak sporo ludzi pracowało w zakładach Bogatyni i Zittau oraz w elektrowni w Hirschfelde.

Po zakończeniu II Wojny Światowej Rybarzowice znalazły się w granicach Polski. W okolicy eksploatację węgla brunatnego metodą odkrywkową podjęła Kopalnia Węgla Brunatnego Turów, zajmując coraz większe tereny pod wyrobiska i hałdy. Nieuchronne stawało się wysiedlanie kolejnych wsi. Wreszcie padło i na Rybarzowice, w których ostatni budynek został zburzony 25 lipca 2000.

Kopalnia zabrała z pejzażu kolejną wieś. W ten sposób przestał istnieć na zawsze wielowiekowy dorobek materialny licznych pokoleń mieszkańców tej wsi. A przyznać trzeba, że ten dorobek był wręcz imponujący. Nie dziwota więc, że byli mieszkańcy Rybarzowic spotykają się do dziś, wspominając tamte lata, swoja młodość i ówczesne dokonania. 27 sierpnia 2009 roku byliśmy właśnie na takim spotkaniu w Zittau. W sali bankietowej restauracji Parkowej zebrało się ponad pięćdziesięcioro byłych mieszkańców tej wsi. Spotkanie prowadził pan Herbert Stöcker Przesympatyczny starszy pan, który był także inicjatorem i współfundatorem przeniesienia na cmentarz w Kopaczowie grobów mieszkańców poległych w czasach I WŚ. Poświęcenie tej kwatery dokonane przez księdza katolickiego i pastora miało miejsce podczas ubiegłorocznego październikowego jarmarku. Wracając do spotkania w Parkowej. Ze łzami w oczach byli mieszkańcy wspominali swoją młodość, swoją wieś, szkołę, czy uczestnictwo w różnych stowarzyszeniach. Na zakończenie spotkania fotograf zrobił pamiątkowe zdjęcie do którego zaproszono i nas, gości z Polski.

WK

Most Króla Jana

 

W 2009 roku minęła140 rocznica oddania do użytku jedynego na Górnych Łużycach śrubowego (zwodzonego) mostu o konstrukcji stalowej. Ten most stoi do dziś i służy równie dobrze jak przed 140 laty. Ówczesne częste powodzie jakie nawiedzały podczas wiosennych roztopów i letnich obfitych opadów atmosferycznych, Bogatynię (Reichenau) powodowały spore podtopienia w miejscowości i zniszczenia drewnianych mostów oraz kładek na rzece. Rozwój przemysłu zaowocował nowymi mostami o znacznie solidniejszej, żelazno-betonowej konstrukcji. Jednak wraz z wiosenną wodą, rzeką spływała duża ilość kry, która powodowała powstawanie dużych zatorów w rejonie mostów. Konsekwencją były kolejne podtopienia. Zagrażały one zakładom przy dzisiejszej ulicy Kościuszki Carla Augusta Preibischa. Wtedy to podjął on decyzję o wybudowaniu mostu zwodzonego a dokładnie, podnoszonego na prawie 1,5 metra za pomocą mechanizmów śrubowych, tak aby kra mogła pod nim przepływać swobodnie. Most podnosiły cztery potężne śruby kręcone przez 16 mężczyzn. Most ważył około 10 ton. Uroczystego otwarcia dokonał Saksoński król Johann, przy okazji wizytacji zakładów C.A. Preibischa 15 sierpnia 1869 roku. Co prawda większość mieszkańców naszego miasta przechodzi obok mostu jak i po nim obojętnie, nie zdając sobie sprawy z jego wyjątkowości.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

A może warto spróbować przywrócić mu dawną świetność i doprowadzić do uruchomienia mechanizmy podnoszące?

Bractwo Ziemi Bogatyńskiej

ZS


 
	

Kolejowa Atena z sernikiem

Bractwo Ziemi Bogatyńskiej wysławszy swa forpocztę w kilku odcinkach do gazety „Bogatynia” poczuło się silne, zmotywowane i gotowe do konkretnych działań.

11 listopada 1884 roku, a więc 125 lat temu, o godzinie 530 z naszego dworca kolejowego ruszył pierwszy skład kolejki wąskotorowej do Zittau. Dziś po kolejce w Bogatyni pozostał most i budynek dworcowy przy ul Daszyńskiego. Kawałeczek peronu na dworcu PKS, dawny budynek stacyjny i bodaj gdzieś na Markocicach resztki torów. Niewiele, zważywszy, że ta kolejka sapała po naszych ulicach jeszcze wiele lat po zakończeniu II WŚ. Państwowe granice przecinające linię, skutecznie działanie ciuchci osłabiły. Wreszcie i kopalnia pożerając następne fragmenty bogatyńskiego krajobrazu któregoś razu zaczęła podżerać i torowisko. Tak się to skończyło.

W sobotę, 8 sierpnia br na zaproszenie Bractwa Ziemi Bogatyńskiej przyjechali do nas przedstawiciele Czech i Niemiec. Wśród gości czeskich był pan Zelenka, z frydlanckiego urzędu miejskiego, oraz pasjonaci z muzeum kolei w tym mieście. Byli, jak już pisałem goście z Niemiec wraz z reprezentantem muzeum Schmalspurbahn w Oybin. Po dokładnym wprowadzeniu Zbigniewa Szklarka rozpoczęła się międzynarodowa dysputa na temat 125 rocznicy i sposobu jej uczczenia. Nie mam zamiaru uchylać rąbka tajemnicy, bo pozbawię w ten sposób mieszkańców Bogatyni przemiłego zaskoczenia. Napiszę tylko, że powzięto szereg postanowień i pomysłów, aby to święto uczcić na miarę rocznicy.

Skąd ten sernik w tytule? Otóż po prostu leżał na talerzykach na stole i prosił się o zjadanie. Bezskutecznie. Większość uczestniczek i uczestników była tak zaabsorbowana tematem, że na ciasto nawet nie spojrzeli. A szkoda. Ciasto była tak smakowite jak i różne ciekawostki, zdjęcia i dokumenty pokazywane podczas pierwszego roboczego spotkania.

Następne już niedługo. W pierwszych dniach września u naszych niemieckich przyjaciół. Na to kolejne spotkanie każda grupa ma przygotować pomysły na ŚWIĘTO PIERWSZEJ SAKSOŃSKIEJ KOLEI WĄSKOTOROWEJ.

Bractwo Ziemi Bogatyńskiej

KIM BYŁ CARL AUGUST PREIBISCH

To dzięki niemu maleńka i nikomu nie znana wieś zaczęła zmienić się w prężny ośrodek przemysłowy. W tym roku mija 150 rocznica uruchomienia włókienniczych zakładów Preibischa. To był wielki kompleks produkcyjny usytuowany wzdłuż dzisiejszej ulicy Kościuszki, którego resztki to budynek GSu, dawny hotel „Izerski” i całość zabudowań ciągnących się wzdłuż ulicy i w jej głębi. Na terenie dzisiejszego parku od dzis noszącego jego imię, C.A. Preibisch założył palmiarnię, która przetrwała do lat powojennych, a w parku do dziś rośnie, posadzona jego rękami jedyna i unikalna sosna Jefrey’a. To dzięki Preibischowi została zbudowana pierwsza elektrownia, w murach której jest dzisiejszy budynek Bogatyńskiego Ośrodka Kultury. To dzięki inicjatywie Carla Augusta Preibischa centrum miejscowości miało oświetlenie uliczne zasilane z gazowni pracującej w jego zakładach. To on był pomysłodawcą i fundatorem hali sportowej z basenami przy dzisiejszej ulicy Sportowej. Pierwsze wodociągi. Pierwsza poczta saska. Osiedle pracownicze. Cegielnia. Szpital. Powstała Fundacja Preibischa, która miała swój wkład w zbudowaniu i uruchomieniu wąskotorowej kolei do Zittau. Praktycznie nie ma takiej dziedziny życia, na której nie zostawiłby śladu swej działalności Carl August Preibisch. Jesteśmy w Zjednoczonej Europie. Granice już nas nie dzielą. Łączy nas wspólna przyszłość i właśnie w imię tej przyszłości powinniśmy się skłonić przed dokonaniami Carla Augusta Preibischa. Zaś park noszący jego imię niech będzie skromnym podziękowaniem za to wszystko co uczynił, a także upamiętnieniem jego osoby.